Słyszałam co mówi medyk, zrobiło mi się żal pary, zwłaszcza młodej wadery. Jej pierwszy miot i w dodatku stratny. Prowadząc małą Akirę za rękę zbliżyłam się do pary.
-Nie możecie tracić nadziei. Przecież on jeszcze żyje, nie umarł. Musicie walczyć, nie poddawać się. Chłopak znajdzie w sobie siłę, będzie żył.-Z każdym słowem wierzyłam w to co mówię coraz mniej. Każdej matce byłoby ciężko znaleźć nadzieję na taki czas. Nie wiem jakbym zareagowała gdyby... Lou, mój kochany Lou. Mój synek. Przytuliłam waderę i posłałam basiorowi pokrzepiający uśmiech. Moja córka podeszła do małego Sparrow' a, moje maleństwo nic nie rozumiało. Położyła swoją rączkę na jego czole uśmiechnięta. To co stało się potem wydarzyło. Oboje zaczęli płakać, ich synek coraz głośniej i z mocą, moja córka cichutko i słabo. Kiedy jej rączka opadła na ziemię bezwładnie upadła łapczywie łapiąc oddech.
-Akira!-Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce.-Córeczko, Aki...-Płacz Sparrow' a powoli cichł, chłopiec się uspokajał. Znów był zdrowy, moja córka wzięła na siebie jego cierpienie...
< Ktoś? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz