Padłem na kanapę. Ostatnie dni były męczące, zaznaczałem teren i starałem się wybudować dom. Potrzebne materiały kupowałem w mieście, lub znajdywałem. Na razie udało mi się zrobić tylko łazienkę, kuchnię i jeden pokój, połączone długim przedpokojem. Na jego końcu planowałem umieścić schody i zrobić drugie piętro, ale najpierw trzeba skończyć jeszcze dwa pokoje na parterze.
Położyłem się na plecach. Ująłem w dwa palce łańcuszek i wyciągnąłem klucz spod koszulki. Przytrzymałem go przed oczami. Srebrny kluczyk, ozdobiony błękitnym, zielonym, czerwonym i bursztynowym kamieniem, mniej więcej wielkości palca. Mój największy skarb. Jedyna pamiątka po rodzinie. Można go było rozłożyć na 4 części, na każdej znajdował się jeden kryształ. Tak naprawdę, tylko jeden, czerwony, należał do mnie;
Błękitny był ojca,
Bursztynowy matki,
Zielony siostry.
A wszystkie razem tworzyły jedność.
Poczułem jak w oku zakręciła mi się łza. Wściekle usiadłem i przetarłem oczy. Nie no, niedługo czeka mnie pierwsze milenium, a dalej zaczynam beczeć przy takich drobnostkach!
Podniosłem się, przemieniłem w wilka i pobiegłem nad jezioro, po drodze wyzywając się głośno od idiotów i tym podobnych.
Przysiadłem nad wodą i przez moment wpatrywałem się w powierzchnię wody. Była taka spokojna, niewzruszona...
Ułożyłem łeb na łapach. Ten cały spokój mnie uspokajał. Nim się spostrzegłem, spałem...
< Dokończy ktosiek? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz