poniedziałek, 29 czerwca 2015
Od Sorena
Usłyszałem dzwonek oznajmiający początek kolejnej walki i poczułem jak ktoś uwalnia mój pysk. Przede mną stał rosły amstaff z raną na pysku. Ja umazany krwią, z rozszarpanym karkiem po czterech poprzednich walkach z sześcioma psami kłapałem kłami okrążając go. Czułem jak mnie dźgają kijami i wrzeszczą na mnie. Ja na to nie reagowałem, ale pies... Kiedy odwrócił łeb odsłaniając gardło rzuciłem się na niego. Walka nie trwała długo. Usłyszałem charakterystyczny gwizd mojego pana znaczący, abym się zatrzymał. Głosowanie czy pies będzie żył, albo zakończę jego żywot na tym ringu. Liczenie pieniędzy rozpoczęte, skrzypnęły drzwi mojej klatki, kundel ma żyć. Ktoś wsunął spluwę między mój pysk, a gardło kundla i oddzielił nas od siebie. Pan pociągnął mnie za obrożę i zamknął w klatce. Założył mi kaganiec tubę i wyciągnął do swojego straganu. Jego pomocnik zajął się moimi ranami, a Pan poszedł wystawiać kolejne słabe psy... Łańcuch ciążył mi przy szyi, ale nie ufali mi na tyle, abym latał luzem. Bali się mnie, to było takie cudowne uczucie. Czuć bijący od niech strach przede mną, ten respekt. Odważniejszy pomocnik uwolnił mi pysk i szybko podsunął garnek z wodą. Zacząłem pić łapczywie stając na równe łapy. Póki nie przyprowadzili rannego psa z ringu leżałem w cieniu markizy straganu...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz